niedziela, 12 listopada 2017

Wspomnienia.(Remember.)

Dziki krzyk wypełnił przestrzeń otaczającą Michałka nader szczelnie.  Od sufitu po podłogę. Krzyczał oczywiście sam zainteresowany, a krzyk był krzykiem zdumienia nie zaś śmiertelnego przerażenia. Zdumienie natomiast wzięło się stąd iż Michałek postanowił zrobić porządki w sukcesywnie gromadzonych od lat  zdjęciach. Tym sposobem udało mu się odnaleźć cały karton starych klisz fotograficznych które to klisze nafaszerował obrazem jeszcze za młodu kiedy wzrok mu na to pozwalał i operował analogowym zenitem. O niektórych sesjach zdążył już zapomnieć na śmierć to też krzyczał zdumiony niebotycznie, o innych natomiast pamiętał ale myślał że przepadły dawno temu w mroku dziejów, a tu proszę, krzyczał uradowany! Tyle tego wszystkiego się zebrało, że w głowie Michałka zaczął kiełkować plan.  Całkiem sensowny plan który należało wcielić w życie bezzwłocznie.






sobota, 4 listopada 2017

Nadzieja. (Hope.)


Jeżeli tak zwane motyle w brzuchu, oznaczają miłość, to dzisiaj poczułem to autentycznie i nareszcie wiem co to takiego! To było podczas pierwszego kilometra jazdy moim nowym rowerem Kross Level B1. Autentyczny ucisk w brzuchu, i takie dziwne mrowienie, czysta nie zmącona niczym radość! Gwoli ścisłości od razu mówię że nie chciało mi się jeść ani nic innego, byłem w pełni przygotowany na dłuższą przejażdżkę więc żadne anomalie natury spożywczo - ludzkiej nie wchodziły w grę. Później ogarnęła mnie dzika  euforia i nie chciałem przestać  jechać przed siebie! Mój rower najnormalniej w świecie leciał nad ulicą jak strzała, nie jechał, leciał a ja chciałem więcej! Po prostu uczucie nie do opisania, chociaż właśnie podejmuję we wszech miar nieudolną próbę aby je opisać! Doprawdy nie sądziłem że takich wrażeń może dostarczyć przesiadka z roweru marketowego „dziwnanazwa” na rower markowy.  Zawsze wydawało mi się to mitem, że każdy rower jest taki sam, że to niema znaczenia, że tu i tu jest ten sam mechanizm napędowy, tu i tu są rury i hamulce ewentualnie koła i opony. Sama nazwa może znaczenia nie ma naprawdę, chociaż od dzisiaj jestem w stanie się o to z ogniem  kłócić, ale jakość zapewne ma znaczenie kosmiczne! Ja się o tym przekonałem właśnie dzisiaj, w towarzystwie motyli oraz pani euforii, motyli których nigdy wcześniej nie spotkałem a teraz zostały zemną i rezydują obok biurka przy którym siedzę and piszę.! HOPE, jest nadzieja!










czwartek, 26 października 2017

Niemożliwe. (Impossible.)

Naszła mnie ostatnio myśl o ślepocie. Nie tak po prostu że przechodziła obok i wpadła na kawę. Sam ją zaprosiłem nie wiedzieć czemu i nie wiedzieć po co. No dobrze, kłamie jak świnia. Dobrze wiem po co. Czarowna wizja utraty wzroku towarzyszy mi w sumie od dziecka. Niby straszna ale jednak nie dla mnie. Pamiętam jak mając lat niespełna dziesięć leżałem i rozmyślałem sobie na dobranoc, co też będę robił kiedy oślepnę i ogłuchnę niczym czarnoziem. Pomysłów miałem sporo, i nawet ten czarnoziem do nich pasuje bo wizja bycia koniem w kopalni nie odstępowała mnie na krok. Jednakże koniem być nie chciałem, wolałem kretem, też ponoć ślepy. Widziałem siebie z piękną białą laską i jak ciągnie mnie za sobą szalony pies przewodnik. Bać się nie bałem nigdy, tych wizji, w najmniejszym nawet stopniu, co zakrawa już bez mała na perwersje. No bo halo nie bać się ślepoty? To trzeba! A ja niewzruszony planowałem sobie kolejne rzeczy które będę wykonywał po utracie wzroku żeby się daj Boże nie nudzić. Fotografii odradzano mi kategorycznie, wobec czego to właśnie ją uczyniłem swoim naczelnym hobby, fotografował będę nawet kiedy przestanę widzieć co fotografuję, bo najnormalniej fotografię czuje całym sobą.



wtorek, 10 października 2017

Niesamowite dziewczyny i fantastyczni chłopcy. (Amazing Girls and fantastic Boys.)

No i stało się, rozbuchana mozarella czyli w tym wypadku ja osobiście, doczekała się realizacji własnej wystawy fotografii. Rozbuchałem się przy tym już całkowicie, nieomal przekształcając się z mozarelli w regularnego pampucha z komfiturą. Niema co ukrywać. Wystawę zawdzięczam Monice Sarneckiej z MYSŁOWICKIEJ FUNDACJI PO PIERWSZE CZŁOWIEK, która niejako odkryła mnie, już jakiś czas temu, wyrażając swoje uznanie dla moich fotografii oraz tekstów. Dosłownie chwili trzeba było i nawiązaliśmy współpracę, której efektem jest ta oto wystawa, na którą WSZYSTKICH bardzo serdecznie zapraszamy! O naszych perypetiach podczas jej tworzenia zdecydowałem się napisać książkę więc szczegółów zdradzał nie będę. ZAPRASZAMY!



sobota, 30 września 2017

Poza kadrem. Kraków. (Backstage. Cracow.)

          Długo myślałem czy nie powinienem tego postu zacząć od dziękczynnego piania pod adresem firmy OLYMPUS na której to warsztaty fotograficzne w Krakowie byłem zaproszony, jako dumny nabywca ich sprzętu fotograficznego. Jednakże owo pianie wychodzi samo z siebie i towarzyszyło będzie jeszcze późniejszej publikacji moich zdjęć z sesji, więc mogę się ograniczyć w niniejszym poście. Zresztą pieję w zachwytach nad moim aparatem co rusz i co krok, moja rychła mutacja do postaci koguta jest nader pewna.
          Warsztaty bezsprzecznie godne były brawa na stojąco a pęknięcie z gromkim hukiem zagrażało mi cało dziennie mniej więcej w regularnych  odstępach co kwadrans, licząc od wysiadki z autobusu o godzinie siódmej rano aż do powrotu o godzinie dwudziestej pierwszej, w Katowicach już nieco sklęsłem.
           Kraków o poranku. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć.
           Jak żyję pierwszy raz w życiu znalazłem się na Kazimierzu, nie licząc niegdysiejszej przymusowej wizyty w Galerii Kazimierz która z wizytacją miejsca nie miała nic wspólnego. Naprawdę urzekająca okolica. Mnóstwo kamienic, pięknych knajpek na ulicach, cudownych zakątków po prostu wspaniałość i perełka.
          Wracając do warsztatów bo to jednakże one były moim głównym celem. Atmosfera wspaniała, prowadzący warsztaty Wiktor Franko również.
                         Oczywiście! I teraz się wyda, bo nie mogło się obyć bez tego że po zakończeniu warsztatów złożyłem wizytę stacjonarnemu Vegabowi. Świńskim truchtem odnalazłem ich za pomocą mojego szalonego gpsa,ponieważ bez gpsa nawet tego szalonego wylądował bym zapewne w Zamościu a nie w Krakowskim Vegabie. No ale gpsa miałem Vegab znalazłem i pomimo wcześniejszego stołowania się w restauracji z OLYMPUSEM stołowałem się również w Vegabie zamawiając oczywiście opcje największą. Groźba pęknięcia stała się po tym zdarzeniu już bez mała konieczna i niezwykle realna. Do autobusu powrotnego mogłem się śmiało wtoczyć w charakterze bagażu, jako nieźle napompowana piłka rehabilitacyjna tym się tylko różniąc od oryginału że doprawdy bezpieczniej dla każdego, było mnie nie ugniatać.

































wtorek, 12 września 2017

Realny plan. (Real layout.)

          Realny plan jest taki że zamierzam upaść się do nieprzyzwoitych rozmiarów jedząc tylko i wyłącznie kaszę jaglaną. Następnie jako ów upasiony twór, życzę sobie zostać wystrzelony w kosmos, obojętnie czy to w charakterze pocisku przeciwko obcym nacjom, czy też w charakterze sondy kosmicznej tu zostawiam miejsce fantazji podwykonawców. W każdym razie kiedy to już się stanie, będę żył sobie w kosmosie spokojnym życiem asteroidy bądź planetoidy, i nie będę musiał głowić się nad ogólną wszechogarniającą planetę ziemia głupotą i masochistyczną autodestrukcją.
          Co gorsza autodestrukcją w której do pewnego momentu sam niechlubnie brałem czynny udział. Zapewniam że z wielkim ogniem i chęcią, pluł bym sobie teraz w twarz wspominając owe mroczne czasy, gdyby nie drobny fakt posiadania w domu ogromnej ilości luster. Proces późniejszego ich czyszczenia zabił by mnie z całą pewnością, przyjmę więc inny rodzaj działań ekspiacyjnych,. Śmierci i zniszczenia dookoła jest od groma i nie będę dokładał do tego własnej cegiełki w postaci swoich zwłok.
          Weźmy na przykład klimat który już ledwo zipie. Materię nieprzewidywalną i abstrakcyjną, od której wymaga się całkowitego braku abstrakcji oraz stałości doznań z jej strony, bez dociekania przyczyn kiedy abstrakcyjny humor zaistnieje. No dobrze, przyjmujemy wówczas te abstrakcyjne wyskoki nazywając je szumnie klęskami żywiołowymi, roztkliwiamy się nad artykułami w gazetach oraz łzawymi reportażami w telewizji, po czym wsiadamy w samochód aby podjechać do sklepu na końcu ulicy, bo przecież chodzenie jest niezdrowe i ściera chrząstkę w stawach.
          Kto w ogóle by zrezygnował z posiadania samochodu? Telefonu komórkowego?  Już pal licho z przyczyn społecznych, dla interakcji, ale dla pszczół, naszych braci mniejszych, które przez nadmiar różnej maści fal w eterze, tracą naturalną orientację, gubią się i giną. A z plastiku? Jest taki wygodny! Co z tego że zabija wtórnie kiedy go wyrzucamy nie utylizując, i praktycznie raz wyprodukowany już nie znika z powierzchni ziemi?

      Tak w ogóle to jesień się zaczyna i wkrótce do nas zapuka wraz ze swoim orzeźwiającym partnerem Mr. Smogiem. Tycie już rozpocząłem. Zamówienie na cztery kilo kaszy jaglanej wysłałem tak więc plan naprawdę nabiera realnych rumieńców i możliwe że niebawem na nieboskłonie przybędzie obiektów.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Artur. (Arthur.)

          Dzisiaj niewiele gadania bo zwyczajnie jestem zniesmaczony, chociaż nie psuje to mojego dobrego humoru wszak kotlety jaglane z przepisu przewspaniałej Aleksandry wyszły mi po prostu fantastyczne.  Poza tym oczekuję na autoryzację zdjęć do mojego kolejnego posta aby zaprezentować wspaniałość warsztatów fotograficznych w Krakowie w których brałem udział. Madera jeszcze trochę odległa, do reportaży podróżniczych nie mam zacięcia i wychodzi mi to najwyżej średniej jakości. Dzisiaj portretowy Artur.