poniedziałek, 12 czerwca 2017

Pewność siebie. (Self-assurance.)

            To że jestem fotografem i pasjonują mnie oblicza innych jednostek ludzkich wcale nie musi oznaczać że od razu muszę lubić własne podobizny. Moje oblicze, owszem lubię i kocham ale co do jego podobizn mam zgoła odmienne zdanie. Zmieniło mi się to, ponieważ kiedyś zdecydowanie wolałem siebie na zdjęciach które można poprawić w programie, niż w realnym życiu gdzie jest jak każdy widzi, gdzie niekorzystne światło pozostaje niekorzystnym światłem. (Co do poprawiania zdjęć w programach też mam własne zdanie.) Teraz wolę realne doznania, tak samo jak w sprawach ubioru również wybieram realne doznania, czyli w tym wypadku wygodę. Wygodę! Kiedyś wbijałem się w niewygodne buty tylko dlatego że mi się podobały, zakładałem obrzydliwe rzeczy tylko dlatego że były modne, a niebo wyło. Prawda, przyznaję się, kiedyś zwracałem na to uwagę, ale dzisiaj wydaje mi się że był to rodzaj braku pewności siebie, w którym prym wiodła konieczność podążania za innymi, konieczność otrzymywania ze wszystkich stron poczucia uznania i akceptacji. Teraz ja akceptuje siebie i nic nie muszę sobie udowadniać, nic nie muszę nikomu udowadniać.



            Powiało grozą. 


            Nadęty balon się zemnie zrobił i rozbuchana mozarella, bo jak to nic nikomu nie muszę udowadniać. Egoizm w czystej postaci. A owszem tyle że egoizm pozytywny bo tak naprawdę każdemu z nas potrzeba odrobiny zdrowego egoizmu, inaczej zatracamy się dla innych i przestajemy dbać o siebie. Pół biedy jeśli ci inni są tego warci i niejako odwzajemniają zatracenie, ale kiedy mało tego że zatracenia nie odwzajemniają a jeszcze nader skwapliwie na nim żerują to coś raczej w tym momencie jest nie tak. I od razu zaznaczam żeby ktoś mi w paple nie włożył słów których nie wypowiedziałem. Nie chodzi tutaj o absolutne skupienie się na sobie i odrzucenie potrzeb innych, tylko o zdrowe dozowanie obu substancji.

Mały, chudy, głuchym i ślepy pomyj.


            Owszem przechodziłem przez to, byłem w swoim mniemaniu, małym, chudym, głuchym i ślepym pomyjem, który całkowicie był zależny od łaskawej bądź nie łaskawej woli innych. Innych którzy oczywiście byli lepsi, ważniejsi, piękniejsi. Zawsze trzęsły mi się kolana kiedy miałem wystąpić publicznie, głos się łamał i nie potrafiłem ubrać w słowa własnych myśli i potrzeb które z resztą w decydujących momentach po prostu dawały nogę, słuchałem dołującej muzyki i wyłem razem z nią w niebo głosy. Zewnętrznie oczywiście byłem agresywny, tatuaże robić chciałem,  łeb sobie golić chciałem, chyba celem zaprezentowania jak niewiele w nim miałem.
            Potrzebowałem autorytetu i zmian. Autorytet popchnął zmiany. Nie jeden w sumie, po leciało to po kolei, i trwało przez długie lata każdy autorytet miał swój czas i uporawszy się z małym gniotkiem wciskał mnie do urobienia kolejnemu. Tak oto powstała ta rozbuchana mozarella którą jestem teraz. Co prawda koścista mozarella ale kochająca swoje kości. 





            Egoizmowi więc w pozytywnej postaci mówię zdecydowanie tak.


 Egoizmowi rozumianemu jako najzwyczajniejsze w świecie dbanie o własny stan ducha, własne potrzeby i własny świat.  
           Jeśli zadbamy o te wszystkie elementy, gwarantowane że nasze samopoczucie się zmieni, zakwitnie i wyda owoce i kto wie może pchnie nas do dalszych zmian, wydobędzie z nas zadeptaną pewność siebie.

piątek, 2 czerwca 2017

Pozytywne myślenie. (Happy think.)

            Krok po kroku najzwyczajniej w świecie sobie szedłem. 


           Żadna niezwykłość znakomita większość ludzi potrafi chodzić, jedni szybciej jedni wolniej. Nie w tym rzecz jednakże, a w tym że idąc ni z tego ni z owego zainteresował mnie kasztanowiec. Drzewo które widuję od zgoła, żeby nie przesadzać, dwudziestu pięciu lat regularnie, bo nie rośnie ono na środku pustyni a zwyczajnie przy drodze w samym centrum mieściny w której mieszkam, nagle mnie zachwyciło. Jak grom z jasnego nieba ugodził mnie w ciemię fakt że przecież ono jest naprawdę piękne! O żadne tam takie, nie obwieszono go ni z tego ni z owego bombkami! Po prostu było majestatyczne i piękne bez udziału ludzkiej ręki! Piękne i takie złożone. Miało korę, liście i kwiaty! Liście które pracują i w całej swojej złożoności przetwarzają światło w tlen. Niesamowite! Dlaczego nie zainteresowało mnie to na lekcjach biologii? Co się stało że dotarł do mnie ten fakt dopiero teraz?





            Minę musiałem mieć godną salwy armatniej.



           Poniektórzy przechodnie spoglądali na mnie z ukosa zapewne diagnozując u mnie jakiś rodzaj upośledzenia, co nie miało dla mnie większego znaczenia, jeśli ktoś chce się zająć cudzą diagnozą a nie własną, wolna droga. Nie co dzień dokonuje się takich odkryć, a jeśli dokonuje się ich będąc upośledzonym proszę bardzo mogę być upośledzony.
            Ruszyłem się w końcu po dłuższej chwili kontemplacji, i nawet zacząłem patrzeć pod nogi dokąd idę i dzięki temu udało mi się nie wejść na środek jezdni. W umyśle jednakże kontynuowałem zdarzenie ze zwyczajnej ciekawości. Chociaż może nie do końca. Poniekąd gdzieś w głębi umysłu chyba wiedziałem skąd wziął się we mnie ten zachwyt akurat teraz. W końcu to będzie już ponad rok odkąd zacząłem konsekwentnie zmieniać swój sposób myślenia wedle zasady że widzisz to w jaki sposób myślisz.

            Dostrzegałem to już wcześniej w innych miejscach.


           Takich jak mój szeroko pojęty dom gdzie przestały mnie drażnić moje własne nader liczne wpadki kulinarne, przesolona kasza, przypalony ryż, gdzie kompletnie przestał denerwować mnie ciągle zawieszający się komputer, czy wylana woda ze szklanki. Przestały mnie denerwować długo zmieniające kolor świecenia światła na przejściu dla pieszych i uciekające sprzed nosa autobusy które kiedyś z dzikim krzykiem goniłem na złamanie karku żeby tylko zdążyć, kolejki w supermarketach...  Dużo rzeczy przestało mnie drażnić i denerwować mimo tego że nadal istniały i nie zmieniały swojego charakteru. 



Jeszcze tylko potrafił zdenerwować mnie mój własny rodzony ojciec.


           Ale ten talent trudno będzie z niego wykorzenić, Chyba pozostaje go zaakceptować.  A od jakiegoś czasu zacząłem więcej widzieć czego efektem było zainteresowanie kasztanowcem. Ślepota jedno oczna mi nie minęła niestety, ale zacząłem zwracać uwagę ile pięknych szczegółów mnie otacza. O! Gdzie tam znowu Malediwy i Seszele mogą być spokojne, moja wieś im nie zagrozi, i tak kiedyś zwizytuję obie lokalizacje ale uważam że nie zaszkodzi dostrzegać piękno dookoła siebie, tu i teraz, tam gdzie się obecnie znajduje. Bo i owszem ono wszędzie jest! I doskonale teraz wiem że to ode mnie zależy czy widzę gówno, wszędzie pełno gówna, czy kwiaty, wszędzie kwiaty!




Fot. Me.
Model: Celina
M.W.

poniedziałek, 29 maja 2017

Wzniosłość. (Winged.)



          Moim powołaniem nie jest pisanie wzniosłych napompowanych taksów.



          Prawdę mówiąc nawet średnio wzniosłych i lekko napompowanych również nie. Dochodzę do takiego trafnego wniosku usiłując w pocie czoła napisać coś co okazało by się wielce mądre i odkrywcze świadczące o moim oczytaniu i intelekcie, czy też o niesamowitym pełnym przygód życiu. Nie mam takiego na Instagramie to może chociaż na blogu się uda. Chała dęta i tyle mojego!





Nic z tego!


           Jak to podsumowuje bardzo często podczas sesji  Aśka, modelka z zaprezentowanych  zdjęć wychodzi mi to „z dupy”. Może mój intelekt jest niewystarczający a może czytam złe książki i zacząć powinienem od Dzieci z Bullerbyn których jak żyję nie przeczytałem i nie przeczytam. Ogólnie nigdy nie lubiłem przymusu, i lektury szkolne były dla mnie ciałem obcym.


            W każdym bądź razie ze wzniosłego postu że tak powiem gówno wyszło co współgra nawet ze stwierdzeniem  

 "z dupy"



            Czytać się tego nie da i w ogóle oko bieleje żeby dać już spokój tym częściom tylnym ludzkiego organizmu. Chociaż w sumie nie tylko ludzkiego, co za egocentryzm zemnie wyłazi. Zmuszał się nie będę, co to to nie. Wymuszone teksty są chyba najgorsze i dostarczają osobie czytającej doznań podobnych do tych które towarzyszyły autorowi podczas ich bolesnego tworzenia. Czytałem już takie teksty, i nie mam tutaj na myśli tylko mojego niedoszłego dzieła, ale naprawdę nikomu nie życzę czytać czegoś podobnego to już lepiej od razu strzelić sobie w łeb.


            Tak więc wzniosłości mówię stanowczo do widzenia.



          Adios! Fajrant! Raus! I inne takie. Jeśli mam pisać cokolwiek, niech się ludzie z tego mogą pośmiać, a niech nawet się śmieją zemnie, proszę bardzo, przeszkód nie widzę żadnych w tej materii, królową Brytyjską nigdy nie byłem i na nikogo nie spojrzę lodowatym wzrokiem, armią nie poszczuję. Jeszcze lepiej mogą sobie odrobinę przy tym czytaniu nawet pomyśleć, zastanawiać się nad tym o czym piszę, i zdjęcia pooglądać, czemu nie? Przyjemne z pożytecznym, proszę bardzo.

Fot, styl, makeup: Me
Model: Joanna










piątek, 19 maja 2017

Epoka. (Epok.)

            Zepsuł mi się Internet. 

          I dobrze. Bo siedząc przed komputerem i robiąc rozmaite potrzebne rzeczy oczywista sprawa odwalałem też mniej potrzebne czyli po prostu całkiem przypadkiem rzucałem oczkiem na facebooka, żeby zobaczyć co tam się dzieje w  świecie czy przypadkiem ktoś wysoko postawiony do mnie nie napisał. Niezbyt odprężająca rozrywka zwłaszcza dla psychiki, muszę to przyznać, ale nałóg swojego się dopomina, walczę z tym a jak, z różnym efektem. Tylko spojrzę, tylko minutka.

            O! A to co takiego? 

Główną pożywką dla facebookowej beletrystyki  była ostatnio pogoda. Inspiracja widoczna na pierwszy żut oka. Pogoda jak pogoda, dostrzegalna za oknem, odczuwalna i i nawet namacalna, jęła stroić przedziwne w głowie się nie mieszczące kaprysy. Nie pozostawała stała jak hermetycznie zafoliowany baton który może dwa lata leżeć na półce sklepie i nie zmienia swojej konsystencji ni struktury, tylko złośliwie zmieniała swoje oblicze co w dzisiejszym udoskonalonym świecie jest nie do przyjęcia.
            Więc trzeba ponarzekać, że chyba zwariowała ta nasza Matka Natura, w głowie jej się poprzewracało, upadła na ową głowę niewątpliwie i to nie na zwyczajny poczciwy bruk a na szczotkę drucianą która jej dziur narobiła i wszystko przez nie wypłynęło. Stąd zapewne ten deszcz!
            Z tym się mogę zgodzić z taką drobną różnicą że Matka Natura nie sama upadła na ową szczotkę drucianą a została na nią zepchnięta. Ba! Nawet nie na szczotkę drucianą została zepchnięta a na regularne fakirowe łoże jeżące się ostrzami gwoździ!





Zwyczajne świńskie morderstwo! 

            Ale jak to? kto ją zepchnął biedaczkę?! Ja bym może i nawet powiedział, palcem pokazał i może nawet napluł na klamkę temu winowajcy ale była by to bardzo męcząca praca i na tyle klamek do oplucia, dostał bym odwodnienia murowanego.
            Ocieplenie klimatu? Jakie ocieplenie klimatu? Zimno jest i śniegiem sypie, Sybir i tundra Syberyjska! A przecież wiosna jest! Takie tekściarstwo wali jak grochem o ścianę. Nie chce mi się tłumaczyć jeszcze raz na czym owo ocieplenie klimatu polega, że nie tylko na ogrzewaniu jajek na patelni a na poczciwej pogodowej schizofrenii.
            Oscyluje wokół zdania że Matka Natura obraziła się na nas, całkiem słusznie, powinna zrobić to już dawno, niewiadome dlaczego czekała tak długo, powinna zesłać kilka błyskawic docelowo usuwających poniektóre jednostki decyzyjne z tego padołu już dosyć dawno temu. Obraziła się na nas i próbuje nam coś przekazać. Że ją pomału zabijamy, choć w tym miejscu słowo „pomału” to kwestia umowna. Bo tempo mamy całkiem niezłe.

            Wycinanie lasów, zabijanie zwierząt, zwiększona emisja spalin, zatrucie mórz, tony śmieci, 



          Rzygać się zachciewa od samego wymieniania cudownych naszych wytworów i produktów ubocznych. cywilizacji.

            Jak ona to wszystko wytrzymuje? Chociaż racje. Właśnie już przestaje to wytrzymywać. A może po prostu traci cierpliwość i czeka nas „zmierzch epoki dinozaurów” z tym że całkowicie przez nas zasłużony.


Muzyka, test sprzed tylu lat. Nadal aktualny. Co się stało z nami? Co się stało z wartościami natury?








piątek, 5 maja 2017

Tatry. (Tatry mountain.)


Pojechaliśmy chyba w te Tatry bez większego celu. Po prostu postanowiliśmy pojechać.


Chociaż nie, głupoty gadam. 







Cel  był. Dolina Chochołowska i jej krokusy podobnież na wiosnę rozwijające swój fioletowy dywan. Podobnież zachwycający.  Należało ów dywan zobaczyć w miarę szybko póki nikt nie władował się nań z buciorami niwecząc przy tym całkowicie zdobniczą działalność natury. 



Podróż bomba oczy mi świeciły własnym światłem.






Za oknem samochodu podobało mi się wszystko, krowy na polu i barany, pojęcia nie mam co tam robiły o tej porze roku, traktor i sklepik z rowerami, nawet stacja benzynowa była zdecydowanie WOW. Odżałować nie mogłem że nie dało rady zatrzymać się na środku autostrady abym sfotografował sobie mgłę.  Była naprawdę rzadkiej urody. Gęsta i zawiesista, snuła się pomiędzy drzewami. Idealnie.


Jak to zazwyczaj bywa w moim otoczeniu, dotarliśmy jednakże gdzie indziej. 






Do doliny Kościeliska, taka mała nic nie znacząca zmiana  jedno dolina i drugie dolina, ganc pomada.  Nie było czego żałować. Piękne widoki roztaczały się przed nami, dosyć umiarkowana ilość ludzi, to znaczy przejść  dało się szlakiem bez ocierania o obce jednostki. Krokusy też były, całkiem niemało, przy okazji zawadziliśmy o małe jezioro z zapierającym dech w piersiach widokiem i to nie tylko dlatego że nie było go widać pod śniegiem. Ale było tam.








Na Krupówkach Zakopiańskich było już nieco gorzej. 



Tutaj fetyszyści i fani  ocierania się swoją rozrywkę mogli uprawiać bezustannie i bezkarnie.
 Ludzie wielką ruchomą masą pielgrzymowali od budy do budy. Przelewali się w jedną to w drugą stronę, zderzali ze sobą jak przypływ z odpływem i mieszali, Moim zdaniem  jeżeli ktoś ów ruch by zakłócił zapewne został by zadeptany. Pielgrzymowałem i ja i Celina i Asia.



Broń boże nie celem zażywania hańbiących rozrywek, a celem nabycia słynnych zakopiańskich oscypków.



Jak się okazało namnożyło się tego przez lata z dziesięć rodzajów utrudniając zakup. No bo który wybrać? Dziewczyny namieszały.  Ja jako obrońca tradycji i najstarsza skamielina w trójcy nabyłem klasyczny, dla rodziców. Nowomodnie to ja mam w Katowicach mogę sobie nawet sajgonki kupić a nie tylko oscypek małosolny a oscypek maślany do mnie nie przemawiał. A przynajmniej za mną nie wołał wielkim głosem nawołując do nabycia.



W Tatrach byłem pierwszy raz w trzydziestodwuletniej historii swojego życia.

 Spodobały mi się















poniedziałek, 1 maja 2017

Joanna pierwsze podejście. (Joanna first approach.)

          Pierwsze założenie tych zdjęć wcale mi nie wyszło. 


Miała być dzikość i natura, obalone drzewa szczery żal nad nimi, bo w zasadzie taki żal naprawdę ogarnął mnie po niedawnej wizycie w lesie, gdzie złapałem cynk do tej zamierzonej sesji. Cynk miał postać absolutnie zatrważającej ilości wyciętych drzew. Pojawiły się one gdzieś tam podczas zdjęć, ale nie jako element w zamyśle wiodący. Poczekają.




            No dobrze załóżmy więc że koncepcje są po to żeby je zmieniać.

 Zmieniłem w trakcie, są więc portrety. Poddać się oczywiście nie poddam, będą kolejne podejścia do tematu aż uzyskam to co chciałem co sobie pomyślałem bo niech mchem porosnę chcę ująć to co w pierwszym zamyśle miałem zamiar i co zgubiłem. Może pogoda była nie taka?

Wymówka.


 Z portretów jestem zadowolony. Podobają mi się Joanna dała radę. A wam podobają sięZapraszam do oglądania. M.












czwartek, 27 kwietnia 2017

Kupiłem gówno. (Buy shit.)

           Nie dosłownie broń boże w tego typu gadżetach nie czuję się rozsmakowany, ani nawet nie celowo. Zwyczajnie z czystego roztargnienia z lekkim udziałem lenistwa. Aura nie sprzyjała, deszczyk siąpił miarowo i wytrwale, ręka w temblaku, nikt mojego towarzystwa z ozdobą nie pragnął, stwierdziłem więc że ten raz odpuszczę i kupię sobie mleko roślinne w kartonie a nie zrobię własnego, nie będę męczył uszkodzonej ręki. I dobrze.  Dam jej odpocząć niech ma, w końcu już trzydzieści dwa lata znosi moje wybryki.
            Wybrałem markowe a jakże w przekonaniu że droższe znaczy lepsze wszak czy nie tak powinno być? Ano właśnie jak najbardziej tak. Tak większość z nas rozumuje. Porozumowałem i ja co na zdrowie mi nie wyszło. Nie pierwszy raz pewnie, nie ostatni.

Opakowanie ładne kolorowe


          Firma znana, pro zdrowotna, rozreklamowana, musi być dobrze, zaufałem ofercie i produktowi. Okularów nie zabrałem więc w sklepie dogłębnie składu przeczytać nie dałem rady, nadal nie byłem też szczęśliwym właścicielem mikroskopu elektronowego.




Tak wygląda mleko zrobione chałupniczo. Zero chemii pięć minut roboty.

A gówno wyszło w domu o poranku i jęło obsmarowywać swoim składem świat dookoła. 

           Czego w sobie te drogie popłuczyny nie zawierały, bo na określenie mleka to zasługiwało jak ja na tytuł arcybiskupa w Gwatemali! Szczęka mi opadła, nawet gumy gellan się doczytałem, w co szczerze mówiąc ciężko mi było uwierzyć w pierwszym odruchu. Jak te mleko musi być w istocie rozwodnione że zawiera zagęszczacze?
Substancje wzbogacające? A cóż za precyzyjne określenie. To już producentowi tak wstyd wymieniać co tam dodał jeszcze żeby było więcej i taniej, dla niego oczywiście nie dla konsumenta że zdecydował się użyć takiego określenia? Naprawdę po fosforanie tri wapniowym i emulgatorach chyba nie ma się już czego wstydzić. Chociaż fosforan tri wapniowy nie każdy wie czym jest ale migdały 2% w mleku migdałowym? Rzeczywiście mleko migdałowe jak z dupy pawiana bitwa pod grunwaldem! Pro zdrowotne? Cisną mi się na usta stwierdzenia powszechnie uważane za wysoce niestosowne i nie do powtarzania w szacownym gronie.
            Następne zdanie więc jest tylko dla tych którzy mimo swej szacowności dają radę, z obrzydzeniem bo z obrzydzeniem ale jednak dają radę przetrzymać. Reszta proszona przejść do tekstu poniżej wytłuszczonego.




Kto na to ulicznica szaleńczo w element użyteczny w swej pracy kopana pozwala??

  
            Kto to kontroluje?? Kto decyduje o wprowadzeniu na rynek takiego szajsu?? Jak z prostego zdrowego mleka migdałowego można zrobić chemiczne gówno i cisnąć je ludziom jako pro zdrowotne.?
            Wstrząsające. Obracałem kartonik w rękach, a ciele patrzyło na malowane wrota nie wierząc co widzi. Zawartość rzecz jasna wylałem do zlewu. Owszem przyznam się jeden moment nawet zastanawiałem się czy by ten raz, tego nie wypić i dalej zapomnieć o incydencie w końcu dziesięć złoty. Ale nie, zdecydowałem że moje ciało nie jest śmietnikiem, aby musiało być karmione „substancjami wzbogacającymi” a ja póki mnie na to stać nie będę karmił go wynalazkami przemysłu których potem będzie musiało się pozbywać produkując wypryski. Wszak nie na to zasługuje, nie na to.